Maria Zdybska
Pochodzi z magicznego Świętokrzyskiego, mieszka w zaczarowanym Krakowie, ale w jej żyłach zamiast krwi płynie morska woda. Uwielbia snuć opowieści inspirowane mitologiami i nie potrafi obyć się bez dodatku romansu. W 2017 r. debiutowała powieścią fantasy „Wyspa Mgieł” otwierającą trylogię Krucze serce, kolejne tomy serii to „Jezioro Cieni’ (2018) oraz „Wybrzeże Snów” (2020). W 2021 ukazała się "Pani Siedmiu Bram" czyli pierwsza część dylogii urban fantasy o sumeryjskiej bogini Inannie. Na koncie ma też kilka opowiadań w antologiach Wydawnictw Inanna, Fantazmatów i Videografu.
Jezioro Cieni – Maria Zdybska
Krucze serce, tom II
Lirr i Raiden muszą uciekać z Ysborga nie tylko przed gniewem jego władczyni, ale również przed podążającymi ich tropem bezwzględnymi Łowcami Mocy. Wiedząc, że Maeve nie spocznie, dopóki nie zemści się na nich, dwójka zbiegów postanawia poszukać schronienia na brzegach mitycznego Jeziora Cieni.
Odnajdą tam jednak duchy przeszłości, które mogą zmienić wszystko, co dotąd o sobie wiedzieli i wszystko, co kiedykolwiek do siebie czuli.
Nadchodzi czas walki z własnymi demonami!
Nadchodzi czas próby wśród zwodniczych cieni!
Krucze przeznaczenie zaczyna się wypełniać!
Czy uczucie Lirr i Raidena przetrwa próbę Jeziora Cieni?
Informacje o książce
Seria: Krucze serce, tom II
Rok I wydania: 2019
Format: 12.5×19.5 cm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 428
druk ISBN 978-83-7995-223-6
epub ISBN 978-83-7995-224-3
mobi ISBN 978-83-7995-225-0
Ceny sugerowane:
książka: 39,99 zł
ePub: 29,99 zł
mobi: 29,99 zł
audiobook online: 34,99 zł
Fragment
Prolog
Woda była ciemna, ciężka, skutecznie tłumiła całe światło i dźwięki docierające z zewnątrz.
Przez moment poczuła znajomy stan nieważkości, świat zwolnił, ucichł, uspokoił się. Wokół pulsowały pojedyncze promienie opalizujące wszystkimi kolorami. Przypomniała sobie swoje pierwsze wspomnienia, drugie narodziny w życiu, w jej poprzednim życiu.
Wyrzucić to diabelstwo z powrotem za burtę…
Wyciągnęła przed siebie rękę, przyglądając się jej ze zdziwieniem. Była blada, szklista, jakby niewyraźna, powolna.
To zły omen…
Potrząsnęła głową, spróbowała rozejrzeć się dookoła i poczuła, jak pukle włosów płyną powoli coraz wyżej i wyżej wokół jej twarzy, zasłaniając oczy i oplątując usta.
Zły omen!
Za sobą dostrzegła tylko czarną otchłań, unoszącą się nieśpiesznie w rytmie uśpionego oddechu jakiejś mrocznej i niebezpiecznej istoty.
Przeklęty północny wiatr…
Zły omen…
Czarna woda lepiła się do ciała, gęsta jak smoła. Przenikający do kości chłód zaciskał powoli swoje szczęki na karku. Miała wrażenie, że gdzieś, jakby z głębi otchłani, słyszy wołanie kruka, a potem przenikliwy świst strzały i głuchą ciszę.
Śmierć!
Wysoko nad czarnym sklepieniem morskiej toni ryknął grzmot i zaczęła kotłować się gwałtowna burza. Wiatr uderzał w fale z wściekłością oszalałej bestii, wzniecając głębokie wiry w stężałej ciemnością głębinie. Blada błyskawica rozdarła niebo jak żywe srebro wylane na czarny aksamit.
„Chcesz wiedzieć, jak bardzo jestem poważny?”. Viorel szarpał bezwładną Rosmertę za włosy, czekając, aż Lirr go powstrzyma. „Odważysz się?”.
Zacisnęła powieki, tłumiąc bezsilną rozpacz. Dostrzegła nagle dłoń zaciśniętą na żarzącym się bladoniebieskim światłem kamieniu jej amuletu. Amuletu, którego od dawna już nie miała. Dłoń zdawała się dryfować miękko, jakby w rytmie jakiejś niesłyszalnej muzyki, unosić się, a może opadać – pod wodą wszystko było inne, nieoczywiste, zamglone jak we śnie. Góra stawała się dołem, morska otchłań sklepieniem niebieskim.
Skoncentrowała się, zanurkowała głębiej, chwyciła tę dłoń, zaś po chwili wahania drugą ręką objęła bezwładnego topielca w pasie i skierowała się ku górze. Podróż na powierzchnię trwała całą wieczność. Lodowata woda ściskała boleśnie płuca i napierała na skronie milionem bolesnych ukłuć, raniąc każdy skrawek skóry.
Niebo kłębiło się, wirowało, huczało. Świat zadrżał, zakołysał się, indygo zmieniało się w błyszczący obsydian, srebrne pręgi przeistaczały się w fale ciężkiego ołowiu, oddech wiatru stawał się wściekłym, wilczym wyciem. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, krzyknąć, wezwać pomocy, ale głos uwiązł jej w gardle, zachłysnęła się coraz szybciej wibrującym płynnym ołowiem, który bez ostrzeżenia wypełnił wszystko wokół.
Nie mogłaś jej ocalić!
Powieki topielca drgnęły, a Lirr poczuła, jak lodowate dłonie oplatają ją w pasie. Jego twarz była niewyraźna, zatopiona w mroku odcinającym się od połyskującego perłowym światłem wschodu morza nad ich głowami. Nie mogła go rozpoznać. Chciała uciekać, ale ta niepewność nie pozwalała jej odejść. Musiała wiedzieć.
– Elirrianoi… – wyszeptał, próbując ukryć smutek. Ten głos nagle stał się jej ostatnią deską ratunku, jedynym promieniem nadziei wśród szalejącej toni, ale zarazem było w nim coś złowieszczego, ulotna zapowiedź nadchodzącej zagłady, cierpienia i śmierci. Gdzieś w dali, rozbrzmiała kakofonia dźwięków: kruk nawoływał, przerażone kapłanki Zarii błagały o litość, krzyczała Rosmerta.
Znajomy głos wytrącił Lirr z bezsilnego letargu. Starała się wyszarpać, walczyć, płynąć dalej ku powierzchni, ale nie mogła, nie potrafiła. Topielec objął ją mocniej, otoczył silnymi ramionami, zasłaniając światło bijące z góry, odgradzając ją od wszystkiego wokół, zamykając w klatce swego ciała. Poczuła, że opuszczają ją resztki sił i w końcu, prawie wbrew sobie, przywiera twarzą do jego piersi, zimnej, bladej, kamiennej. Zamyka oczy, szykując się na śmierć.
– Elirrianoi… – powtórzył z bólem, z wyrzutem. Nie wiedziała, czy przeprasza ją za przeszłość, czy za to, co miało dopiero nadejść.
Rozdział 1 Ogień i woda
– Elirrianoi!
Zerwała się gwałtownie z ziemi, łapiąc powietrze z taką łapczywością, jakby właśnie wynurzyła się z morskiej głębiny. Przed sobą zobaczyła jednak tylko zieleń. Morze zieleni. Gęsta, wielowarstwowa ściana utkana z liści, pędów, igieł, gałązek i traw zdawała się poruszać łagodnie w rytm jej urywanego oddechu. Zieleń, tylko zieleń.
– Raiden! Już wstałeś? – wyjąkała, starając się bezskutecznie zapanować nad lekko ochrypłym głosem. Tuż nad nią majaczyła ciemna sylwetka maga, przysłaniając boleśnie jaskrawe promienie porannego słońca. Resztki sennej wizji umknęły gdzieś na krańce świadomości, pozostawiając po sobie jedynie uczucie odległej tęsknoty.
– Niechętnie. – W jego pozornie obojętnym głosie usłyszała znajomy cyniczny półuśmiech, który natychmiast postawił wszystkie jej zmysły na baczność. – Nie byłem po prostu w stanie dalej spać, potwornie się wiercisz. – Wyprostował się i ziewnął leniwie, zostawiając ją tym samym na pastwę rażącego światła.
Lirr zamrugała kilkakrotnie, starając się oddalić napływające do oślepionych oczu łzy. Okruchy niepozbieranych myśli chaotycznie obijały się jej po głowie. Wciągnęła szybko powietrze pachnące torfem i poranną mgłą.
Było na to zbyt wcześnie. Była na to zbyt zmęczona.
Nie spodobało jej się też to ledwie zauważalne, kpiące drgnięcie kącików ust. Jej emocje roznieciły się jak iskra na suchej polanie, ale zaraz zgasły, stłamszone nadal nieprzeżytym żalem. Tępy ból ściskał płuca.
„Rosmerta. Rosmerta nie żyje”.
Strzępy snu wróciły, bez ostrzeżenia ścinając serce strachem.
Mimo wszystko jednak, tknięta nagłym ukłuciem niepokoju rozejrzała się gorączkowo wokół resztek mizernego ogniska. Wczoraj rozpalili je tuż przed skalną jamą, szumnie nazwaną przez Bondo jaskinią przemytników. Gdy się kładła, dogasający ogień z całą pewnością oddzielał ją od prowizorycznego posłania maga. Rzadka trawa wokół wydawała się całkowicie nienaruszona.
– Z drugiej strony obserwowanie twojej nieprzytomnej szamotaniny podczas koszmarów jest ostatnio jedyną rozrywką, na jaką mogę liczyć – dodał po chwili milczenia, unosząc przy tym sugestywnie jedną brew.
Podniosła się z ziemi nieco zbyt nerwowo, rozmasowując zdrętwiałe ramię. – Przynajmniej jedno z nas dobrze się bawi. – Wzruszyła ramionami i zaczęła poprawiać sznurowanie butów.
– Przez całą noc wiłaś się jak na torturach i jęczałaś coś o Caelu – poinformował ją pozornie obojętnym tonem. Swobodnym gestem odgarnął swoje nadzwyczajnie jasne włosy z czoła, błękitny lód jego oczu rozpalony rozpoczętą na nowo grą.
Lirr odczuła ulgę. Blefował.
– Zostaw mnie, Raiden. – Odnalazła w końcu głos, ale był teraz nienaturalnie stłumiony, rozedrgany pod wpływem wzbierającej energii, która zaczynała krążyć w niej jak gorączka, burząc krew, przyspieszając rytm serca, pulsując w skroniach i rozpalając skórę. Starała się nie patrzeć na maga.
– Po prostu zostaw, potrzebuję spokoju. – Zmierzyła go lodowatym spojrzeniem.
Zanim odpowiedział, zbliżył się do niej o kolejny krok. Najwyraźniej jej wzrok nie był dość lodowaty.
– Albo…? – zapytał nad podziw uprzejmie, splatając przy tym dłonie za plecami.
– Nie dam się znowu sprowokować – odparła, zmuszając swój głos do pozorów spokoju. Ostatnia ich podobna potyczka skończyła się połamaniem fokmasztu, pozrywanymi wantami i przymusowym wysadzeniem ich na suchy ląd przez doprowadzonego do skraju wytrzymałości nerwowej Bondo.
– To ty mnie prowokujesz. – Zrobił z rozwagą kolejny krok, który sprawił, że stał teraz tuż obok.
– Ja? – zapytała po napiętej pauzie. Raiden zamknął ostatnią dzielącą ich odległość i przysunął twarz do jej twarzy. Koniuszki palców Lirr były coraz bardziej gorące, a na plecach przebiegały narastające fale nieznośnego mrowienia.
– Prowokujesz… – szepnął jej wprost do ucha. Wzdrygnęła się pod tchnieniem chłodnego oddechu na jej rozgrzanym policzku.
– Nie prowokuję.
– Krrr… – Usłyszała nad sobą powątpiewające chrząknięcie kruka. Mało pomocne.
– Prowokujesz za każdym razem, gdy przytulasz przez sen głowę do mojej szyi. – Szept maga w jej głowie wydawał się jeszcze bardziej intymny niż fizyczna bliskość. Spojrzała w górę, spotykając się z jego rozbawionym wzrokiem, walcząc jednocześnie z irracjonalną pokusą popatrzenia na szyję mężczyzny.
– Kłamca! – rzuciła mu prosto w twarz i o wiele głośniej, niż to było konieczne.
– Doprawdy? – zdziwił się, przechylając głowę na drugą stronę. Kruk na gałęzi tuż obok powtórzył jego gest, zupełnie jakby stał się teraz odbiciem maga.
„Zdradliwy pierzasty demon!”.
Bogowie świadkiem, że miała ogromną ochotę, żeby poddać się wzbierającej złości. W głębi duszy wiedziała jednak, że to tylko kolejna próba, że Raiden chce po prostu wydobyć z niej tę nienaturalną siłę, jaką obudziła tamta straszna noc. Plugawą siłę, która wznieciła w niej fałszywe nadzieje potęgi, ale nie pozwoliła ocalić Rosmerty.
Opuściła wzrok, tracąc rezon. Raiden nadal stał przed nią, zbyt blisko, żeby mogła odetchnąć.
– Zostaw mnie – powtórzyła po raz trzeci i odsunęła się zrezygnowana. On jednak przytrzymał ją mocno za ramiona, nie pozwalając się ruszyć. Jego dotyk palił, ale był zarazem dziwnie kojący. Za wszelką cenę nie chciała poddać się temu kłamliwemu uczuciu. Pomiędzy palcami zaczęły przeskakiwać ledwie dostrzegalne, błękitne iskierki. Zacisnęła dłonie w pięści.
– Proszę… – wyszeptała bezradnie.
– Czego się boisz? – Nie odpuszczał. – Możesz panować nad siłami, które napędzają nasz świat, musisz tylko…
Zamknęła oczy, nie mogąc dłużej znieść intensywności jego spojrzenia.
– Nie boję się.
– Nie uciekniesz od tego.
– Nie uciekam od niczego.
– Cały czas uciekasz. Boisz się zmierzyć z prawdą.
– Krrr! – zgodził się z nim stanowczo kruk. Rozłożył imponujące skrzydła i kilka razy uderzył powietrze, podkreślając swoje stanowisko.
Lirr posłała mu mordercze spojrzenie.
„Wredna, nielojalna bestia. Chędożona, przerośnięta cmentarna wrona!”.
– Jaką prawdą? Miałam według ciebie zostać w Ysborgu? Nie jestem tu z wyboru, nie chciałam tu być, nie chciałam słyszeć twoich myśli, nie chciałam tego wszystkiego!
Usiłowała wyszarpnąć się z uścisku, ale on złapał ją za nadgarstki, zmuszając, by na niego popatrzyła. Skóra pod jego dotykiem zaczęła ją palić, a palce świerzbiły coraz wyraźniej. Bała się, że ta dziwna energia zaraz z niej wypłynie, że eksploduje, niszcząc przy tym wszystko wokół.
– Nie, oczywiście, że nie… ale teraz, po tym wszystkim co się wydarzyło masz przed sobą zupełnie nowe możliwości. Zastanów się, możesz… – Zniżył głos i przerwał w pół słowa.
– Być taka jak ty? – zapytała z gorzką drwiną.
– Nie… Nie… Nie taka jak ja. Nigdy bym ci tego nie życzył. – Coś w jego głosie również się zmieniło. Zadrgała w nim nieznana jej dotąd kruchość.
Lirr przygryzła drżącą dolną wargę i spuściła wzrok, nie chciała go ranić. Nie chciała nikogo już nigdy krzywdzić.
– Nie prosiłam o to, co się stało, a teraz nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Czuję, że ta moc… że magia jest silniejsza ode mnie, rozumiesz? – wyjaśniła pospiesznie, wstydząc się własnej bezbronności. – Boję się, że mnie pochłonie, że się w niej zatracę, przepadnę.
Nie mogła teraz na niego patrzeć. Bez swej zwykłej hardości czuła się żałośnie słaba.
– Daj sobie czas. – Słowa maga zabrzmiały nieoczekiwanie miękko.
– Z czasem jest tylko coraz gorzej. – Przełknęła wzbierające łzy, zwieszając głowę jeszcze niżej.
– Posłuchaj, Lirr. – Aromat drzewa sandałowego i soli wzmocnił się, mag pochylił głowę, zrównując się z nią wzrokiem. – Moc wypełnia cały nasz świat. Jest oddechem życia, który wprawia go w ruch. Nieliczni mogą nauczyć się z niej czerpać, poddać ją swojej woli, kształtować. Przestań walczyć z tą siłą, bo jest częścią ciebie, czy tego chcesz, czy nie. Nie możesz tego cofnąć.
– A jeśli jej nie zaakceptuję?
W niezręcznej ciszy, która między nimi zaległa, Lirr słyszała tylko nierówne bicie swojego serca. Mrowienie na plecach nie ustawało, podnosząc jej jeden po drugim delikatne włoski na karku.
– Rosmerta nie żyje. Przeze mnie – zwróciła się do niego w końcu cichym, szczerym tonem – przez to, że wplątałam się w sytuację, która mnie przerosła i która nawet mnie nie dotyczy.
– Nic na tym świecie nie dzieje się przypadkiem. – Niespodziewanie, na krótką chwilę zamknął jej dłonie we własnych i zaraz odsunął się od niej gwałtownym ruchem, jakby jakaś niewidzialna siła go odepchnęła. Wbrew sobie poczuła ukłucie żalu. Skóra, której jeszcze przed chwilą dotykał, nadal piekła ją nieznośnym żarem, ale nagły brak jego bliskości był zarazem nie do zniesienia. Być może puścił ją, bo też poczuł ten chorobliwy płomień, a być może po prostu zmusił się tylko do tego gestu, żeby dodać jej przez chwilę otuchy. Pomyślała, że chyba traci zmysły.
– Nie wierzę w przeznaczenie – odparła bez namysłu.
– I dobrze, bo nie ma żadnego przeznaczenia. – Uśmiechnął się słabo, ponownie splatając dłonie za plecami. Jego szczęka drgnęła lekko, jakby sam ze sobą walczył. – Jest tylko silna wola, która wprawia rzeczy w ruch. Im silniejsza jednostka, tym mocniej pcha innych do działania. Dlatego właśnie bogowie bawią się śmiertelnikami, dlatego Zaria, karząc mnie, związała nas ze sobą. Dlatego słabsi ustępują z drogi potężniejszym. Nadal mamy jednak wybór.
– Rosmerta nie była niczemu winna. – Oczy Lirr zaszły mgłą na wspomnienie jej bladej twarzy, wtedy, w porcie, tuż przed śmiercią. – Powiedz mi, jaki według ciebie ona miała wybór?
– Viorel zabił ją, żeby zmusić cię do powrotu, żeby odebrać ci wolę działania. Teraz za to ty możesz wybrać: żałoba albo walka.
W głębi serca czuła, że ma rację, ale nie mogła zupełnie pozbyć się poczucia winy.
– Nadal nie wiem, kim jestem, kim ty jesteś. Mówisz o walce, ale przecież jesteśmy tylko zbiegami kryjącymi się w parszywej jaskini przemytników przed pościgiem.
Raiden popatrzył na nią, mrużąc lekko oczy. Promienie słońca przedzierające się przez wysokie drzewa jeszcze bardziej rozjaśniały jego i tak niemal białe włosy.
– To nie ucieczka. Co najwyżej komplikacja – zapewnił ją dobitnie. – Odnajdziemy Krąg i dowiemy się, co nas łączy. Ja odzyskam mój fragment duszy, ty – zawahał się lekko, uważnie dobierając słowa – się go pozbędziesz i być może w końcu zaakceptujesz to, kim jesteś.
Brzmiało to zbyt prosto. Lirr zdążyła się już nauczyć, że z Raidenem nic nie było proste.
– A potem? – zapytała, podejrzliwie unosząc jedną brew.
– A potem – uśmiechnął się samymi kącikami ust – możesz śmiało skorzystać z przywileju swojej wolnej woli.
– I nie będziesz próbował mnie zatrzymywać? – Nadal wyczuwała w jego słowach jakiś podstęp.
– Dlaczego miałbym to robić? – Wzruszył ramionami i swobodnym gestem wyciągnął kilka sosnowych igieł, które wplątały się we włosy Lirr. Jego dotyk znów postawił wszystkie jej zmysły na baczność. Płomień w sercu powrócił, podobnie jak tańczące wokół jej palców, ledwie dostrzegalne iskry. Przełknęła nerwowo ślinę. – Będę wolna? – upewniła się zdradliwie łamiącym się głosem.
– Jesteś wolna – zapewnił ją. – Każde z nas pójdzie własną drogą.
Własną drogą… Słowa maga odbijały się nieskończonym echem w jej myślach.
– Krrr! – zgodził się kruk, wzbijając się gwałtownie do lotu. Wystrzelił ostrym łukiem w górę i po chwili zniknął nad koronami drzew.
Taka odpowiedź ją zdezorientowała. Iść własną drogą – w końcu przecież tego chciała, prawda? Przecież do tego dążyła od dnia, kiedy opuściła Ysborg. Na to czekała – na wolność, otwarte morze. Dlaczego więc teraz słowa maga wcale jej nie ucieszyły? Dlaczego poczuła się zawiedziona jego obojętnością?
– Chciałabym tylko wiedzieć, dokąd ta droga prowadzi… – szepnęła mu w myślach z goryczą, odwróciła się i ruszyła w las, starając się jak najdłużej powstrzymywać łzy.
Jeżeli sądzisz, że poznałeś moc miłości, jeżeli wierzysz, że uczucia są zawsze proste do rozpoznania, jeśli uważasz, że nienawiści i miłość to dwa przeciwstawne bieguny… jesteś w błędzie. Maria Zdybska zabiera nas w podróż przepełnioną magią, stworzeniami, których nie spotkasz podczas codziennej drogi do pracy, a także, a nawet przede wszystkim, elektryzującą mieszanką emocji, przez którą nie będziesz w stanie oderwać się od lektury! „Jezioro Cieni” to wciągająca powieść, której bohaterowie pozostaną w twoim sercu na długi czas!
Alicja Wlazło
Dajcie się porwać fantastycznej i urzekającej przygodzie pełnej tajemnic, sekretów i magii. Historia Lirr i tajemniczego maga Raidena dostarczy Wam wielu emocji i niezapomnianych wrażeń. Gorąco polecam!
Sylwia Stawska, Kobiece Recenzje
Ahoj, przygodo! Zanurz się w świecie magii, miłości i niebezpieczeństwa.
Wraz z Lirr i Raidenem wyrusz na poszukiwania prawdy ukrytej pośród morskich fal, rozwikłaj tajemnicę niezwykłej więzi łączącej bohaterów i stań się świadkiem ekscytującej przygody, której celem jest przede wszystkim odnalezienie samego siebie. Przez „Jezioro cieni” płynęłam z ciekawością, chłonąc każde kolejne zdanie. A zakończenie historii sprawiło, że zdecydowanie wzrósł mój apetyt na więcej. Polecam!
Katarzyna Ewa Górka @katherine_the_bookworm